Dzień 3: KL

dzień indyjsko-malezyjski

Drugi dzień zwiedzania przeznaczamy na zapoznanie się z kulturą indyjską oraz malezyjską. W ramach doznania tej pierwszej fundujemy sobie małą wycieczkę za miasto, cel: Batu Caves. Udajemy się więc na pobliski przystanek jednotorowej kolejki, która jest częścią miejskiego systemu tutejszej komunikacji. Kolejki jeżdżą ponad drogami, są więc punktualne, zatrzymują się na przystankach do których zazwyczaj prowadzą wysokie schody i platformy. Bilety kupujemy w maszynie przed bramkami, dostajemy żeton na przejazd, którego lepiej nie zgubić – odbijamy go przy wyjściu. W porównaniu z naszą krajową komunikacją publiczną, przejazd kosztuje niewiele. Z monorail czeka nas przesiadka na bardziej standardowy pociąg podmiejski, w których środkowe, różowe wagony są przewidziane tylko dla pań (Muzlumanek). Za półgodzinną trasę płacimy RM2.

20150205-0014

Batu Caves

Już zza szyby można dostrzec charakterystyczne skały pnące się ku niebu. Wysiadamy na ostatnim przystanku i podążamy za tłumem. Batu Caves to jaskinie, które obecnie pełnią funkcje hinduistycznych świątyń. Przyjeżdżamy tutaj licząc na przyjemne ochłodzenie we wnętrzach skał… Niestety rzeczywistość daleko odbiega od naszych zachcianek!

20150205-0001

Cały teren wokół świątyń to jeden wielki SYF, KIŁA I MOGIŁA. Trzoda i smród jakich mało. Domyślamy się, że była tutaj jakaś ichnia impreza. Robimy fotę pod wielką, zieloną małpą (rzeźbą boga Hanumama) i ruszamy dalej mijając stragany z jedzeniem, wieńcami kwiatów, owoców, ubrań i wszystkiego co tylko na odpuście moglibyśmy spotkać 😉 Pod nogami walają się resztki hmm… wszystkiego. W powietrzu czuć zapach jedzenia, przypraw, kadzideł i fekaliów.

20150205-000220150205-0003

Przed samym wejściem wznosi się złocony, 43-metrowy posąg boga wojny Murugana. Naprawdę jest olbrzymem! 🙂 Wejście jest darmowe, tylko panie kasują drobną opłatę za wypożyczenie chusty do okrycia zbyt skąpego stroju Beaty. W upale pokonujemy ponad 200-stopniowe schody, po drodze z zaciekawieniem przyglądając się małpom wcinającym banany i przelatującymi nam dosłownie pod nogami.
Tak – przelatującym, poruszają się w niesamowitym tempie z równie niesamowitą zręcznością. Niecodzienny widok, lecz trzeba mieć swój ekwipunek na uwadze, oswojone małpy ponoć mogą ukraść wodę czy jedzenie 😉

20150205-0004

Przyjemny chłód „w środku” (świątynia jest de facto pod gołym niebem;) mało cieszy przy panującym tam smrodzie. Między hinduistycznymi pomnikami znów bałagan, sterty pustych butelek, butów, obrzędowych gażetów, świecidełek, kwiatów, owoców, a miedzy tym gołębie <o zgrozo>, kury, koguty, nietoperze, no i małpy – nie są szczególnie nachalne wobec ludzi, zadowalają się znalezionymi między śmieciami bananami. Chetnie biorą też owoce z ręki.

20150205-000520150205-0006

Przy kolorowych pomnikach półnadzy, wymalowani hindusi odprawiają modły z przybyłymi wiernymi, składają w darze wieńce kwiatów i owoce. Obchodzimy wszystko, przyglądamy się i zmierzamy ku wyjściu. Tam znów małpy i dużo schodów. Nie ma szczególnie co oglądać, więc wracamy kolejką do KLCC. Na przystanku koleś naprawia wyrwane po imprezie metalowe ławki, wreszcie zaczynają sprzątać ten cały syf. W drodze Adam znajduje info na temat owego zamieszania, jak to wyglądało możecie sobie zobaczyć poniżej

20150205-000720150205-000820150205-0009

Little India

Z dworca spacerujemy w kierunku dzielnicy Little India. Początkowo mylimy drogę, ale dzięki temu próbujemy ulicznych przysmaków 🙂 Miła pani standardowym, nienachalnym nawoływaniem zaprasza nas do swojego stanowiska. Tłumaczy co jest co, wybieramy mini „pyzy” z różnymi nadzieniami, pierożki (rownież z nadzieniem). Siadamy parę kroków od stoiska. Pani śledzi nas wzrokiem, by po chwili przynieść na spróbę jeszcze coś od siebie. Przy okazji pyta skąd przybywamy, wita nas w kraju i opowiada nieco o sobie.

20150205-0010

Poszukiwaną dzielnicę rozpoznajemy po malunkach kwiatów na ulicach, ozdobnych latarniach i bardzo kolorowych łukach przyulicznych. Mijamy niedziałającą acz znaną, kiczowatą fontannę ze słoniami i pawiami. A potem dokoła full straganów i sklepików z nieznanymi owocami, warzywami, ubraniami, biżuterią indyjską, przedmiotami do modlitwy oraz wszystkim, co można sprzedać. Fajnie wyglądają panowie pletący wieńce z kwiatów. Kupujemy tylko owoce do wieczornej degustacji i spacerem wracamy do hotelu.

20150205-001120150205-001320150205-0012

Mały czilaut i ciekawi widoku miasta wieczorem szybko zbieramy się na wieczorne wyjście.

dzielnica malezyjska

Znów korzystamy z jednotorowej kolejki, tym razem udając sie do centrum znanego nam przede wszystkim z wież Petronas. Owe wieże są najwyższą na świecie budowlą bliźniaczą. Przez pewien czas były w ogóle najwyższe na świecie, ale teraz już inne kraje przegoniły Petronas Towers w drodze do nieba. Spędzamy chwile czasu przy wieżach, szukając dobrego ujęcia do samojebki, niestety wieże są za duże:P

20150205-0015

Bezpośrednio przy Petronas Towers znajduje się park, fontanny i zachowany oryginalny fragment dżungli. Taki tam odpowiednik poznańskiego Sołacza. Na każdym kroku biegacze, podziwiamy że dają radę w takim klimacie… Najbardziej chyba kobiety zakryte chustami, których religia nie oszczędza nawet podczas uprawiania sportu. Słońce chyli sie ku zachodowi, a my idziemy w stronę kolejnego punktu na naszej trasie.

20150205-0016

KL z góry

Jako ze miejsce jest bardzo fajne, warto obejrzeć jest z trochę wyższej perspektywy. Do wyboru mamy wjechanie na łącznik w Petronas Tower (170m), obiad w restauracji Atmosphere 360 (282m) lub zimne piwko na lądowisku dla helikopterów (36 piętro, nie wiemy dokładnie ile metrów). Wszystkie obiekty są stosunkowo niedaleko siebie. Nie decydujemy sie na łącznik, bo jest tylko w ~1/3 wysokości wież – byłby niedosyt. Restauracja wydaje sie najfajniejszym pomysłem, ale raz ze dress code, dwa ze w godzinach w których byliśmy, zapłacilibyśmy około RM180 za przyjemność zjedzenia późnego obiadu w obracającej się o 360 stopni restauracji. Grzegorz (pozdrawiamy!) w zeszłym roku poszedł do Helibar, otwartego od około 18 do późnego wieczora baru, który znajduje sie na dachu jednego z wieżowców. My decydujemy sie tez na tę opcję. Przed wejściem należy coś zamówić żeby być wpuszczonym na górę. Ceny zaczynaja sie od RM25. Z drinkami w rękach wchodzimy po schodach, dostajemy stolik i dołączamy do całkiem sporego grona gości baru, z którego zdecydowana większość osób przyszła tam na podziwianie widoków, tak jak my. Jest ciepło, wieje delikatny wiaterek, robimy zdjęcia i załapujemy sie na ostatnie promienie zachodzącego słońca. Fajnie jest. Adamowi jeden drin wystarcza by zacząć gadać głupoty:p niedobry w smaku Graveyard, ale zdecydowanie polecamy miłośnikom mocniejszego kalibru.

20150205-001720150205-001820150205-002220150205-001920150205-002020150205-002120150205-0055

Dzień kończymy małym spacerem jeszcze w okolicach centrum, potem udajemy się już do hotelu, czas się powoli pakować, bo następnego dnia z rana opuszczamy stolicę Malezji.

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s