Dzień 4: Cameron Highlands

wyjazd z Kuala Lumpur

Rano pakujemy się dość wcześnie, wyczekinowujemy się z hotelu i szukamy taksy, zaraz przy naszej ulicy. Musimy dojechać na dworzec autobusowy żeby stamtąd ruszyć w dalszą trasę. Pierwsza próba, koleś podbija i mówi, że “trafik”, że “not najs” i że za RM20 nas zawiezie. Oferujemy RM10, kierowca nieugiety – pojechał dalej. Kilka minut później łapiemy normalnego taksówkarza, z taksometrem, kulturalnie nas wpuszcza i ruszamy w trasę. po około 15 min jesteśmy już na dworcu, płacimy RM5 – czyli mega tanio i komfortowo.

Jemy szybkie śniadanie w knajpce blisko dworca, tutaj w przeciwieństwie do polskich odpowiedników przydworcowych knajp – nie boimy się zjeść. Jemy sobie Roti Canai z bananem i z serem. Takie naleśniki podawane są z ostrymi sosami (średnio to pasuje naszym zdaniem z bananem). Do tego tradycyjnie sok z mango. Sposób podania posiłku – jak we wszystkich knajpach w Malezji – na wielorazowych naczyniach plastikowych. Lecimy na autobus.

20150206-0002

Na dworcu od razu odnajduje nas jakiś ziomek, pyta dokąd chcemy jechać i prowadzi wgłąb dworca. Przez moment zwątpiliśmy czy dobrze robimy, bo wyprowadza nas na parking gdzie stoi kilku ciemnych facetów… Na szczęście to tylko zbędne obawy, pan prowadzi nas do kasy, tłumaczy kasjerce co ma nam sprzedać i udaje nam się wszystko ładnie załatawić. Po paru minutach zaczepia nas grupka młodzieży wciskająca zielone naleśniki. Nie bardzo wiemy o co chodzi, dzieciaki nagrywają nas kamerą i namawiają byśmy koniecznie spróbowali i ocenili ich wyrób. “Mlask mlask, very good very good. kokonat insajd? mmm… tejsti”. Ten specjał nazywa się Kueh Dadar i spotykamy go potem wielokrotnie podczas naszej podróży. Fajny, słodki smak, mocno kokosowy, być może uda się go przyrządzić także w nowakowej kuchni.

droga w góry

Wsiadamy do autobusu. Jest on przygotowany na dalekobieżne trasy: po prawej stronie ma rząd z podwójnych siedzeń, po lewej stronie rząd pojedynczych. Dzięki temu fotele są szersze niż standardowo, każdy ma dużo miejsca i podróż jest komfortowa. Klima jest standardem w każdym autobusie – miejskim czy dalekobieżnym. Odpalona zawsze na maksa, po 5 minutach jazdy okazuje się, że kurtka czy długi rękaw wcale nie jest złym pomysłem w kraju, gdzie średnia temperatura oscyluje w okolicach 33 stopni w cieniu… Podróż trwa 4 godziny, 3/4 trasy pokonujemy po autostradzie i ładnych drogach, następnie zatrzymujemy się na pauzę. Na zewnątrz autobusu panuje taki skwar, że po minucie zalewamy się potem i wracamy do środka. Kierowca kończy palić papierosa i ruszamy dalej.

20150206-000320150206-0004

Ostatni odcinek trasy to piękna, malownicza droga wiodąca przez górzysty teren porośnięty bardzo gęstym lasem (dżunglą?). Urokliwa trasa ma jedną wadę – nie ma chyba żadnego odcinka dłuższego niż 100m na którym nie byłoby zakrętu. Droga bynajmniej nie jest dwupasmową ekspresówką, ale raczej lokalną drogą, w której autobusy i ciężarówki wcale nie mijają się z łatwością. Przed każdym zakrętem, na którym nie ma widoczności, kierowca używa klaksonu żeby zawiadomić tych z naprzeciwka, że jedziemy. No i w sumie tyle, ale gdyby rzeczywiście coś jechało to nie wiemy czy klaksonik by pomógł:) Beata znosi dzielnie trudy trasy, mimo to ostatnie kilometry dzierży reklamówkę w ręku. Ale spokojnie, potem Adam nosił w niej buty – pozostała pusta:)

Cameron Highlands

Na miejscu czujemy się jak w westernie, jedna główna ulica przez całą miejscowość (Tanah Rata). Noclegi oferują nam już zaraz po wyjściu z autobusu. Jednak my idziemy 100m, do wcześniej wybranego lokalu – TJ Lodge, Grzesiu mówił, że będzie spoko, więc znowu zaufaliśmy. Tym razem wybieramy pokój bez łazienki, ale mamy do dyspozycji wspólną. Jedyny problem jaki mamy ze wspólnymi łazienkami jest fakt, że często w nich są prysznice i/lub węże do spłukiwania tyłka – nie ma opcji żeby klapa była sucha. Oczywiście papieru w “kabinie” nie ma.

Ogarniamy się i idziemy coś zjeść. Znajdujemy niedaleko super knajpkę, zachęca nas tłum localsów w środku i uśmiechnięta załoga. Jemy bardzo dobrego Tandoori Chicken i ostrego kurczaka z owocami (?) nerkowca. Jedzenie jest super, a sosy też super… ostre:)

20150206-000520150206-000620150206-000720150206-0008

Tego dnia nie udaje nam się już nic konkretnego zrobić, znajdujemy jedno z kilkunastu (lub kilkudziesięciu) malutkich biur podróży i umawiamy się na wycieczkę z rana dnia następnego. Koszt półdniowej wycieczki dla jednej osoby to RM50. Są też inne warianty, zarówno tańsze jak i droższe, np. lajtowy nocny wypad do dżungli czy też mrożące krew w żyłach zwiedzanie farmy truskawek. Dla każdego coś się znajdzie. Robimy sobie spacer po mieście i wracamy do hotelu. W przeciwieństwie do pokoju w Kuala Lumpur, tym razem mieliśmy okna na wyposażeniu. Niestety, pod nami znajdował się bar a po drugiej stronie ulicy była scena z transmisją jakiegoś malezyjskiego kabaretu oraz nocny targ z owocami i warzywami. Zasypiamy bardzo późno – miejscowe “hihihihi” brzmi bardziej jak “HAH AHAHHAHAHAH HAHA HAH HA HA HA HAH HA HAH AH HA HAH HA HA HAH A”.

20150206-0009

Na kolację wcinamy sobie owoce kupione na nocnym targu: granat, pitaję i mango. Smaku pitaji (dragon fruit) nie znaliśmy – okazało się soczystym połączeniem truskawki i gruszki.

20150205-0001 (1)

Klimat jest tu zupełnie inny niż w stolicy, rześkie chłodne powietrze i przyjemny wiatr. Temperatura też ponad 30 stopni, ale odczuwalna jest znacznie mniejsza. W nocy, temperatura spada do 20 stopni (czasem mniej), czyli o jakieś 6 więcej niż w pozostałej części kraju.

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s