Dzień 6: Cameron Highlands – Georgetown (Penang)

wyjazd z Tanah Rata

Poranne szybkie pakowanie plecaków, śniadanie i zmykamy na autobus – planowany odjazd 8 rano. Wyjeżdżamy parenaście minut po czasie (to i tak mało jak na ten kraj). Droga do Butterworth zajmuje jakieś 4,5h. Jedziemy wygodnym, klimatyzowanym autobusem – zimnica taka sama jak ostatnio. Dojeżdżając na miejsce z oddali widać 15-kilometrowy most, którym można dojechać bezpośrenio na wyspę Penang. Jest on drugim co do długości mostem w Malezji, pierwszym jest most na tę samą wyspę – Sultan Abdul Halim Muadzam Shah Bridge, oddany do użytku w 2014 r.

Wybraliśmy jednak autobus, który nie kursował bezpośrednio na wyspę, tylko taki który zatrzymywał się w mieście (Butterworth) bardzo blisko samej wyspy i dalej oferował przeprawy promem. Prom do George Town odpływa co kwadrans, bilet płatny jest tylko w jedną stronę i kosztuje RM1,20. Z daleka widać największe miasto na wyspie do którego zmierzamy.

20150208-002720150208-002820150208-0029

George Town, Georgetown (jak zwał tak zwał)

Po jakichś 15 minutach jesteśmy po drugiej stronie lądu. Zarzucamy plecaki i maszerujemy do hotelu. Nie jest już tak przyjemnie jak dzień wcześniej w Camroon Highlands, temperatura oscyluje wokół 35 stopni – żar leje się z nieba… Chyba wyglądamy na zmęczonych, bo po przybyciu właścicel bez pytania częstuje nas wodą. Po doświadczeniach ze stolicy, w internetowym formularzu mamy jedno wymaganie – okno, i taki też pokój dostajemy. Fakt – przez okno widać jakiś duży blok mieszkalny i nic poza tym – ale my cieszymy się faktem, iż światło słoneczne wpada nam do pokoju. Mieszkamy w centrum tego klimatycznego miasta (prawie 0.5mln mieszkańców) , w dzielnicy Chinatown i już nam się mocno podoba!

Chwila oddechu i ruszamy na obiad. Wybieramy polecaną kanjpkę chińską w naszej dzielnicy. Jest na tyle popularna, że ledwo udaje nam się zdobyć stolik, rzutem na taśmę zdążając jeszcze w porze lunchowej. Jak się potem okazuje w menu, nie jest to cenowo do końca lokal jaki chcemy odwiedzać, poza tym zamawiamy po raz kolejny niewiadomoco – wiemy tyle że z kuchni chińskiej. Pojawia się trochę owoców morza, żeberka (pochlastane na kawałki – co drugi kęs zawierał fragment kości) i kurczaka w czosnku. Napój tym razem wybieramy niecodzienny – barley lime drink. To nic innego jak ugotowana woda z jęczmieniem plus limonka i lód. Na tamtą chwilę – super sprawa.

20150208-003020150208-0031

Po obiedzie nie mamy innego planu jak tylko przejść się nabrzeżem. Ciężko się spaceruje w takim upale, ale nie poddajemy się i niedługo potem cieszymy się już przyjemnym wiatrem od morza. Spędzamy chwilę w okolicy, odpoczywając z lokalsami w cieniu drzew. Przymula nas skumulowane zmęczenie po podróży rannym busem i skwar, więc udajemy się do hotelu na siestę. Spacerując, bawimy się w spostrzegawczość: kto pierwszy znajdzie jeden z kilkudziesięciu murali w mieście – wygrywa Betty:) Więcej o muralach będzie w kolejnym dniu relacji.

20150208-003220150208-003320150208-003620150208-003420150208-003820150208-003520150208-003720150208-0039

Wieczorem robimy sobie wypad na miasto. Wyspa Penang, na której się znajdujemy, słynie z najlepszego jedzenia w Malezji. Nie omieszkujemy tego spróbować. Tym razem nie korzystamy z usług restauracji, tylko udajemy się prosto na ulicę, gdzie w wielu punktach miasta można spotkać dziesiątki „kuchni na kółkach” (popatrzcie na foty), które tworzą tzw. Night Market. Gotują lokalsi na palenisku podgrzewanym najczęściej gazem z butli, mają ze sobą niezbędne składniki, sztućce, talerze, miski z wodą do mycia naczyń, akumulatory dające prąd. Magda Gessler byłaby zachwycona, BHP i Sanepid również. Ale jak te ich dania pachną… i smakują! Zajmujemy jeden ze stolików, który ma przypisany numerek. Podchodzimy do różnych stoisk i zamawiamy jedzenie, podając numer stolika. Po kilku minutach przynoszą nam nasze jedzonko, my regulujemy płatność i cieszymy się z kolacji. Fani czystości nie znajdą tutaj poprawnych elementów, za to miłośnicy dobrego smaku – owszem. Oczywiście, ceny przysmaków są na bardzo fajnym poziomie – ryż z warzywami – RM2, duży kawałek kurczaka RM4, słodkie babeczki RM1 za trzy sztuki… Za przysłowiową „dychę” można się solidnie najeść. Co fajne, w większości knajpek siedzą nie tylko turyści, a wręcz przede wszystkim – lokalni ludzie.

20150208-004020150208-004120150208-004520150208-004720150208-004220150208-004320150208-004620150208-004420150208-0048

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s