Dzień 7: George Town

Trafiło nam się wyjątkowo wygodne łóżko w pokoju, przesypiamy koguty i przed południem wychodzimy na miasto. Najpierw zahaczamy o śniadanie do miejsca poleconego przez naszego hosta – starszego chińczyka mówiącego bardzo ładnie po angielsku. „Śniadaniownia” znajduje się w bardzo wąskiej ulicy, wygląda trochę jak skrzyżowanie starego hangaru z przyczepą cyganów. Jest piec na drewno, nad którym gotuje się herbata i kawa, a w samym piecu robione są tosty:D Partyzantka jakich mało, ale wszystkie miejsca są pozajmowane, a kawę robią tak szybko, że nie ma filiżanki, z której by podstawek został nienaruszony. Oczywiście, nic nie jest sparowane do kompletu, każda filiżanka wygląda inaczej. Zamawiamy kawę i tosty. Pani się pyta, czy chcemy jajko – oczywiście chcemy. Okazuje się, że sposób przygotowania tam jajka to half-boiled, czyli tak naprawdę zanurzają we wrzątku i wlewają do szklanki. Fakt, białko jest ścięte, ale dla nas niestety za rzadkie…

Posileni śniadaniem udajemy się na poszukiwania poczty. OMG, tak długo chyba jeszcze w życiu nie szukaliśmy żadnego miejsca. Kręciliśmy się po bardzo dużym kółku przez dwie godziny żeby finalnie znaleźć pocztę obok której wielokrotnie przechodziliśmy, ale napis „poczta” zasłaniała nam markiza jednego ze sklepów… Każda poczta ma tu system numerków, które pobiera się przy wejściu i potem odpowiednio podchodzi do okienka. Po 15 min czekania grzecznie na swoją kolej, podchodzi do nas koleś i mówi, że jeśli chcemy znaczki to do okienka numer 4 wystarczy podejść bez kolejki. Aha. Nie narzekamy bynajmniej na to że tyle czasu tu spędzamy – klimatyzacja przyjemnie nas chłodzi po kilku godzinach w słońcu.

20150209-000520150209-000420150209-000820150209-000620150209-000320150209-000720150209-000120150209-0002

kilka słów o George Town

Spacerujemy jeszcze po mieście, chowając się w cieniu arkad, które oplatają praktycznie całe centrum. Czasem tylko trzeba z nich zboczyć, żeby wyminąć lokalny kramik, śpiącego pana, wielką dziurę, papugę w klatce, czy też zaparkowane skutery. Odnośnie jednośladów – jest ich w wszędzie cała masa. Służą jako środek lokomocji oraz transportu (szafy, palety z jajami, kilkumetrowe rury, przenośny sklepik – to tylko niektóre z rzeczy, które widzieliśmy). Kupowanie jedzenia też często odbywa się w systemie drive by – skuterek podjeżdża, zamawia sobie jedzenie, płaci i odjeżdża zadowolony bez zsiadania z dwukołowego rumaka.

Innym popularnym środkiem lokomocji służącym turystom są riksze, przyozdobione maskotkami, piszczącymi zabawkami dla psów, sztucznymi kwiatami i wszystkim innym świecącym (lampki choinkowe). Mimo wszystko mają swój urok. Zauważamy, że często trzeba najpierw obudzić rikszarza, żeby w ogóle móc pojechać, bo bardzo lubią przyciąć sobie komara w miejscu przeznaczonym do przewozu pasażerów.

George Town jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Posiada unikalny, wielokulturowy charakter, budowany od XVIII wieku przez Brytyjczyków. Pełniło ono głównie funkcje handlowe, przyjmowani byli tu wszyscy, bez względu na narodowość. Dzięki dobremu położeniu, miasto bardzo szybko się rozwijało. Wyspa Penang, na której znajduje się George Town – nie jest najlepszą wyspą na plażing, wypoczynku pod palemką trzeba szukać gdzie indziej (my też poszukamy!). Najbardziej wyczuwalną w mieście kulturą jest kultura chińska, nie tylko z powodu tego, że wszędzie wiszą noworoczne ozdoby, ale też knajpy serwują zdecydowanie najwięcej chińskich potraw.

20150209-001020150209-0011

Odnośnie chińskich potraw – na obiad zamawiamy sobie zupę (znowu nie wiedzieliśmy co zamawiamy, okazało się że zupa:)) – wywar z warzyw, do tego makaron i sos – zupełnie jak chińska zupka z Radomia.

20150209-0009

Kek Lok Si Temple

Późnym popołudniem udajemy się na wycieczkę do Kek Lok Si Temple – największej światyni buddyjskiej w południowo-wschodniej Azji. Jedziemy poza miasto żeby dostać się do stóp świątyni. Bilety po tanioszce – godzina jazdy za RM2. Niestety, kiedy dojeżdżamy i idziemy ciemnym „tunelem” zbudowanym z blachy falistej, budzimy naszą rozmową śpiącego tubylca, który informuje nas, że na dziś już świątynia jest nieczynna i jeśli chcemy to mamy przyjść jutro. Nie pozostaje nam nic innego jak zrobić parę fotek z dołu, udaje nam się zobaczyć fragment 30-metrowego posągu z brązu Kuan Yin – bogini miłosierdzia, litości i płodności. Poza tym widzimy, że świątynia jest cały czas rozbudowywana, trwają prace budowlane, a na placu u stóp Kek Lok Si znajdują się gotowe do zamontowania posągi buddyjskie zrobione z kamienia.

20150209-001220150209-0013

kolejny night market

Wieczorem ponownie udajemy się na night market, tym razem do innej dzielnicy. Niby wszystko podobne, ale jednak ten dziś jest bardziej stacjonarny, widać, że budki ustawione są raczej na stałe – traci na tym klimat. Zamawiamy też nie do końca udanie, przepłaciliśmy za mix ciasta z krewetkami, kurczaka, kuleczek rybnych, dziwnych warzyw, sosu i czegoś jeszcze. Zjedliśmy też sobie chińskie pierożki z kurczakiem, krewetką i grzybami.

20150209-001420150209-001520150209-0016

malezyjskie pieniądze

Nie napisaliśmy tego na początku, więc krótko napiszemy o walucie. W Malezji obowiązuje Ringgit, dzielący się na 100 senów. Google mówi, że 1 Malaysian ringgit = 1.02486517 Polish zloty, więc nie ma problemów z przeliczeniem – zakładamy RM1 = 1PLN. Banknoty w obiegu widzimy zarówno stare jak i nowe – nominały są te same 1, 5, 10, 20, 50, 100 – ale różnią się od siebie designem, te nowe są zdecydowanie ładniejsze. Na zdjęciu możecie sobie zobaczyć jak mniej więcej wyglądają.

20150208-0049

Jedna uwaga do wpisu “Dzień 7: George Town

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s